Pochodnie

autor Joseph Adibleku

Benzyna i spalona guma. W powietrzu unosił się taki zapach. Zapamiętałem jakby całe, wielkie miasto było nasiąknięte tylko benzyną i spaloną gumą.

Ale przecież wiem, że to absolutnie niemożliwe. W tropikach zawsze jest mnóstwo zapachów.

Zacznijmy od klasycznych perfum. Należały one do eleganckich białych kobiet, które siadywały pod palmowymi parasolami w patio klubu tenisowego. W patio pachniały też wykorchmalone kitle kelnerów. Wbijały się im w szyje, mieszały z delikarnym zapachem potu. Zawsze tak samo, od lat. Krochmalny zapach był niezależny od wojen i rewolucji.

Ogrody otaczające klub tenisowy i wille stałych bywalców oblewała woń narkotyczna oszalałych od słońca i wilgoci roślin. Łodygi przypomiały kłębowisko zielonych żmij. Wyrywały się z rabat, wspinały na ogrodzenia i mury – solidne wysypane na szczycie tłuczonym szkłem, które odzielały dobrą dzielnicę od reszty miasta.

Rośliny kpiły z uzbrojonych w sekatory ogrodników, którzy zawstydzone twarze kryli w cieniu słomkowych kapeluszy.

- Tak, tak. Kiedyś was zabraknie, wtedy weźmiemy ogród w swoje posiadania – szeptały ogrodnikom co rano wprost do ucha – I ludzie z miasta przesadzą ten mur. Nie straszne będzie im tłuczone szkło. Gdy tylko was zabraknie. Albo też, gdy w końcu staniecie po właściwej stronie – ich szept stawał się kuszący, niby syk węża.

Złe dzielnice pachniały inaczej. Najpierw słodkawa woń gnijących śmieci, odpadków jedzenia, skórek od pomarańczy, ananasowych obierków. Przez to tło przebijały się ostre smugi dymu. To ogniska, na których wytapiał się tłuszcz kozich szaszłyków. Potem tanie uliczne knajpy, z jedzeniem za grosik: maniok, smażone banany, fasola, wszystko przemieszane z aromatem najtańszego oleju.

I jeszcze koło tancbud z głośną muzyką albo w zaułkach pełnych parterowych domków pokrytych blachą, woń bieda-pachnidełek. Delikatna jak ostatnie posiągnięcie pędzla na skończonym obrazie.

Bieda pachnidełka to zapach ulicznic. Są stare, wulgarne, przyklejają się do szyb samochodów. Nikt ich już nie chce. Dopiero za ich plecami chowają się młode – te, które świat ma dopiero zepsuć. Ich skóra to te same pachnidła, ale ich aromat zmieszany jest z pociągającą wonią nieśmiałości.

A benzyna? Guma?

Myślę, że fetor musiał tam być – choć z pewnością najbardziej zagnieździł się w mojej głowie. Przecież „zamieszki” już się skończyły. Przynajmniej od tygodnia nie polowano już na ludzi. Nie krępowano im rąk. Nie zakładano na nogi, korpus i szyję starych opon. Po takiej operacji nie przypominali już istoty ludzkiej, a tylko jakiś groteskowy, czarny słup zakończony żywą głową człowieka.

Być może ta groteskowość sprawiał, że dziwnym odhumanizowanym stworem można było sobie pozwolić na wiele, bez szczególnych wyrzutów sumienia.

Tyle, że była ta głowa… Miała ona wszelkie atrybuty normalnej głowy, władała wszelkimi zmysłami. Jej oczy widziały wściekły, ciekawski tłum. Powonienie bez śladu zwątpienia odgadywało, że płyn, którym oblewane jest ciało to lotna bezyna, parująca szybko w upale. Słuch odróżniał dźwięk małego kółeczka chińskiej zapalniczki. Kółeczko kręciło się, krzesało iskry. Mózg oceniał precyzyjnie: „Tak, to koniec!”.

Jak długo zapach takiej śmierci mógł utrzymywać się w ślepych zaułkach?

Kiedy chodziłem po mieście podświadomie szukałem śladów. Miejsc gdzie płonęły żywe pochodnie.

- To tu? – pytałem.

- Tu – przytakiwali przechodnie. Ślad na asfalcie, coraz bledszy w słońcu i pod równikową ulewą.  W murach domów uwiązł straszny krzyk. Zmurszały tynk przesiąkł dymem.

W nocy duchy spalonych nieszczęśników podobno tam wracały, żeby umrzeć kolejny raz, potem kolejny, piąty, dziesiąty i setny. Tutejsi ludzie wierzyli gorąco w te powroty. Bali się ich.

Niech słońce i deszcze zacierają ślady – ale oni będą wracali. Po co? Chcieli mieć pewność, że nie zginęli bezimiennie i zupełnie bez sensu?

Jeśli chcielibyśmy jednak być zupełnie szczerzy to właśnie tak było. Zginęli bezimiennie i zupełnie bez sensu. Zamieszki? Kto wtedy był dobry, a kto zły? Od czego się zaczęło? Kto wygrał? Co to za absurdalne pytania. Nikt nie zna na nie odpowiedzi. A jeśli ktoś zna, to są one absolutnie nieistotne.

Jeśli warto o nich mówić to może tylko z powodu tych nieszczęśników, którzy znaleźli się w złej chwili, na niedobrej ulicy. Niczemu nie winni – zginęli trafieni odłamkiem historii, która potem okazała się zupełnie nieistotna, niewarta zachodu.

Ale oni, po drodze, zastygli w śmiertelnej konwulsji:

- Wie pan, kiedy już było po wszystkim i kiedy patrzyło się na nich z bliska. Ich obnażone zęby, odrzucone do tyłu głowy. Jakby się śmiali, jakby umierali w szalonym chichocie – mówił mi znajomy, który często wieczorami bywał w klubie tenisowym.

Wysączał trzecią i czwartą kolejkę. Robiło się ciemno. Dymy z ognisk w biednej dzielnicy przesączały się ponad murem. Wtedy wstawał z fotela i mówił dobrze już pochmielony:

- Tamci zaraz wyjdą, żeby znów umrzeć.

Paweł Reszka

ps. piękny obraz ilustrujący wpis to ’Amazing Houses’ , autor artysta z Ghany Joseph Adibleku. Jego prace można kupić na www.novica.com

Wehikuł czasu

IMG_4489 IMG_4472 - Kopia(rok temu z okładem)

- Dzień dobry panu!
- Dzień dobry!
- Bileciki do kontroli.

Konduktor. Tłuściutki, wesolutki. W mundurze delikatnie
zaniedbanym. Przez to zaniedbanie ogłasza światu: „Nie samymi bilecikami świat stoi. Gdybym nie musiał tak codziennie, to wtedy… Tak, tak, tak, tak!”.

Pośpieszny tnie wśród pól. Cały w słońcu. Zostawia drzewa okryte kolorami. No pięknie!

Powrót z rodzinnych grobów to podróż wehikułem czasu. Urodziwe eciotki pomarszczyły się. Krzepcy stryjowie mają siwe wąsiska, podpierają się laską. Dzieci dawno mają dzieci. A teraz te dzieci…

- Kto by przypuszczał, że ten cmentarz zrobi się taki wielki.
- Mój Boże! Niedawno nie dochodził nawet drogi. A teraz het, het…

Cmentarze większe. Za to domy i ogrody, zapamiętane z dzieciństwa, liche, mikroskopijne.

Amazonia jest tylko rowem melioracyjnym. Nieprzebyta dżungla to kilkanaście krzaków porzeczek –bezlistnych od jesieni i ze starości.
Studnia kiedyś zamieszkana przez złego biesa, co porywał ludzi. Dzieci miały srogo zakazane tam chodzić. Chłopców robiła mężczyzn. Każdy czekał chwili, aż zostanie wysłany z wiadrem po wodę. Jak młodzi Indianie, którzy musieli upolować bizona. Dziś nikt jej nie potrzebuje. W kuchni zamontowali kran.

Do komnaty tajemnic po wąskiej drabinie mogli się dostać tylko najdzielniejsi… Komnata? Strych, stara graciarnia. Nie ma tam nic godnego uwagi. Może oprócz przypiętej do belki stropowej czarno – białej fotografii ślicznej kobiety. Zdjęcie jest bardzo tajemnicze – pani nie jest nikim z rodziny i w ogóle nie wiadomo kim jest. Na strychu mieszka od zawsze. Jest samotną strażniczą za zapisanych równym pismem zeszytów, pożółkłych gazety, kufrów, kądzieli i porozrzucanych bez ładu czółenek tkackich.

Gdzie zgubił się czas, który upłynął od ostatniej wyprawy na strych? Wystarczy spojrzeć przez ramię. Ujrzymy małego chłopca obracającego ręką kołowrotek. Podnosi ciężkie wieko kufra. Zagląda do środka.

Czy od tamtej pory wydarzyło się coś istotnego? Czy czas zwyczajnie przepłynął jak woda, przez zaciśnięte palce?

Zostało go już znacznie mniej. Wieczory po dawnemu pozostają bardzo długie. Ale miesiące i lata pędzą już z przerażającą prędkością. Zatrzymać się ich nie da, rozumiemy to już dobrze. A mkną jak pociąg w pustkę kolorowych pól…

- … no proszę pana!
- Tak?
- No, przecież bilecik! Nie ma pan?
- Mam, zamyśliłem się tylko. Proszę bardzo.

Tłuściutki popatrzy uważnie na bilet.
- Tak, tak, tak, tak. Zgadza się. I dziękuję i się kłaniam się – mówi pośpiesznie, odwraca na pięcie i wybiega.
- Hallo, proszę pana!

Wraca. Niechętnie opiera się o wpół otwarte drzwi, przyjmując pozę: „wszystko już w życiu widziałem, nic mnie nie zaskoczy”:

- Gdzie jest miejsce 116?
Tłuściutki przewraca oczami. Jego ciało przełącza się na komunikat: „O, zaczęło się!”
- Mam 116, a siedzę na 102, czyli nie na swoim.
- Przecież dziś luźno. Pociąg pusty. Przesiedzi pan te dwie godziny na 102… Daj pan spokój! – tłumaczy cierpliwie.
- Ale sprzedaliście mi 116, gdzie ono jest?

Westchnął jakby brał się do picia ciepłej wódki :

- Dobra, powiem. W tym wagonie, nie ma takiego miejsca i nigdy nie było.
- O cholera!
- No! Sam pan widzi – puknął znacząco w drzwi sąsiedniego przedziału, gdzie teoretycznie powinien znajdować się fotel 116. Przedział był dziwny. Okna oklejone folią nieprzenikalną dla wzroku. Zamek zatrzaśnięty na głucho groźny napis: „rezerwacja”

- Po licha sprzedajecie bilet na miejsce, którego nie ma?

Oblicze tłuściutkiego pojaśniało:
- System, proszę pana. Bierze ten wagon za bezprzedziałowca. I sprzedaje miejsce 116! Ale bywa gorzej! Ściśnie podróżnych w jednym wagonie. A cały pociąg pusty, a ludzie…- tłuściutki rozejrzał się w około.
- Śmiało, zawsze byłem przeciwnikiem systemu! – rzuciłem zachęcająco.
- Ludzie jak te sardynki! Tak, tak, tak, tak – dokończył szybko.
- Rany!
- No! Tak, że sam pan widzi… Pójdę już…
- Naturalnie… a przyszła mi to głowy taka myśl. Skoro ten system taki durny to może by go wyrzucić!

Tłuściutki cisnął we mnie spojrzeniem czarnych oczek jak piorunem

- Jak?
- A na złom.

Tłuściutki zaczął się trząść, tak jakby wpadł w rezonans z wagonem.

- Ha…ha…ha… – śmiał się – Wyrzucić? Przecież ten system! W Warszawie! Mądrzy ludzie! Dużo pieniędzy. Ha…ha…ha!

Odchrząknął:
- Tak więc zostanie pan na 102 – zdecydował chłodno.
- Dobrze.
- Dojedzie spokojnie do Warszawy.
- Dobrze!
- Jak Bóg da wszystko się panu ułoży. A o tamtym – spojrzał w stronę sąsiedniego przedziału – Lepiej zapomnieć. Tak, tak, tak, tak!

Paweł Reszka

Nowy Rok, nowy blog

Grudniowa podróż do Słowiańska należała do kategorii mistycznych.

Ruszyłem z Charkowa o poranku. Droga pokryta śniegiem. W powietrzu unosiła się mgła. Zmrożona, gęsta. Miałem wrażenie, że gdybym wyszedł, ruszył przed siebie moja sylwetka zostawiłaby ślad w zawiesistym powietrzu. (…)

To początek pierwszego wpisu w nowym miejscu. Od tego roku „Reszka świata” przeniosła się pod adres:

http://pawelreszka.blog.tygodnikpowszechny.pl/
Charkow 139

Życzę wszystkim dobrego Nowego Roku i zapraszam do lektury.

Paweł Reszka